księga gości


2009
wrzesień
czerwiec
kwiecień
luty
styczeń
2008
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
2007
grudzień
październik
wrzesień
lipiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



nudzimisie bloguje...

2009-09-24 22:20:29
huh.
tak jest, trochę się tu zmieniło. a ściślej mówiąc, blog powrócił do korzeni i przedpotopowego szablonu z okresu gimnazjum. (przy okazji, brawa dla mnie, przypadkowo usunęłam wszystkie linki)
ach, pierdolę. blog bytuje tylko i wyłącznie dlatego, że mam do niego sentyment. i trochę dlatego, że na zimę będe gdzieś chciała poemować.
tradycyjnie mogłabym się pochwalić moimi wakacyjnymi wojażami. mogłabym opowiedzieć jaka jestem zajebista, bo widziałam majkiego 3 razy, przeżyłam najfajniejszego henia ever, zwiedziłam pragę, piłam z niemcami i wogle. ale wy już wszyscy o tym wiecie;P (wszyscy = 3 osoby czytające to, kocham was moi fani ;**) wiecie też, że jestem zajebiście szaloną groupie i niedługo jadę w trasę za fantomasem albo mondo cane.;)
peace.

skomentuj (5)

2009-06-26 22:56:02
the way out is through
od najpiękniejszych chwil w moim życiu minęły już 3 dni. mój żywot dzieli się na to co było przed i co jest po trencie. i wiem co się mówi przed każdym koncertem swojego bożyszcza - "jeszcze tylko to i mogę umierać". mówiłam tak już kilka razy, ale ja naprawdę mogę umrzeć w tym momencie, już nigdy nie przezyję czegoś takiego jak w ten wtorek. no chyba, że tręta po raz drugi i przysięgam sobie teraz, że jak tylko będę stara i będę miała kasy jak lodu, a on zacznie znowu grać, to pojadę i do czech, i do niemiec, a jak mi kasy starczy to, i na jamajkę, i do bangladeszu.
po pierwsze: fantastyczny support, zakochałam się w alecu jeszcze bardziej niż w atari teenage riot (przeszkadzały mi tylko te mega obcisłe rureczki, które mu gniotły jaja). i jeszcze nic endo - mój kolejny ideał kobiecego piękna. po drugie: nieziemska atmosfera, jak dotąd nie spotkałam się jeszcze, by wszyscy jednym chórem śpiewali każdy utwór. sama byłam wyczulona,bo nauczyłam się już (oglądając filmiki na yt;p), żeby nie wkurwiac mistrza w trakcie np.'hurt' itd.;p ale publika była nieziemska, o czym wspomniał sam trent, a nawet napisał na cytowanym-wszędzie-przez-wszystkich-twitterze. po trzecie: setlista jak marzenie. spodziewałam się popłuczyn z najnowszych kilku płyt, a tu niespodziewajka - z najnowszej ograniczył się tylko do echoplex i discipline (które jak na niego są tragiczne, ale i tak chyba jedne z lepszych z tego albumu). a poza tym: the becoming, the fragile, the way out is through. matko bosko kochano, w najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że usłyszę na żywo to ostatnie. jakbyście tam były (bo to zdanie skierowane głównie do płci pięknej) i słyszały te jego szepty na początku utworu,to miałybyście ciarry w tym samym miejscu co ja.
a poza tym - jego ręce, jego ruchy sceniczne, jego głos i w ogóle cały on - na żywo jest tysiącpięćsetstodziewięćset razy bardziej boski niż na foto/audio/video.
i wiem,że wyszło mi dziś bardzo niemrawo, ale skończyły mi się już zapasy kislu i od 3 dni żyję w innym świecie.
chcę jeszcze raz:(

skomentuj (4)

2009-04-07 23:46:54
pomocy
ratuunku, skończyły mi się marzenia! trent w poznaniu, mogę umierać. <3
(kisiel, kisiel, kisiel.)

skomentuj (3)

2009-02-15 22:42:24
coś tam coś tam.
jako że produkuję się tu zwykle przedstawiając swe frustracje, bądź też chwaląc się muzycznymi doznaniami, pozwolę sobie kontynuować tę tradycję. nie, dziś bynajmniej nie będzie marudzenia. ([chwalipięta] sesja zdana, ihaha! [/chwalipięta]). przed momencikiem wróciłam sobie z przyjemniutkiego koncerciku zespoliku pewnego sławetnego i przewspaniałego, który odbył sie w wytwórni oczywiście, miejscóweczce, gdzie niezmiennie kurewsko piździ. zespół ów to oczywiście not. oczywiście, bo gra tam mój największy polski bożyszcz - cinas. był on OCZYWIŚCIE przeboski, przeprzystojny i miał bluzę z martwym ptakiem. <3 no, ale cóż, może powinnam przez 5 sekund udać, że nie mam umysłu trzynastki z buzującymi hormonami. no dobrze, impreza pod hasłem postwalentynki, zapewnienia ze strony organizatorów, że będzie kompletnie antyromantycznie i antywalentynkowo (w sumie i tak byłam z damianem, który wyśmiewał się ze mnie przez cały wieczór, bo w zaiście pięknym stylu wyjebałam orła pod klubem. nie widzę tu kompletnie miejsca na romantyzm). no i w istocie tak było, bowiem poczęstowani zostaliśmy filmami soft-porno z lat 20. generalnie, z porno nie miało to nic wspólnego, ale nie wiem, czy jest to powód do smutku. ja, w każdym razie uparcie wpatrywałam się w cinasa (i jego martwego ptaka).
koncert not w sumie to mój trzeci, nie wiem czy najlepszy. generalnie, tylko w filharmonii powinno się słuchać koncertów siedząc na krzesełku (nie mald? moja ty kochana, ukulturniona i całkowiecie odchamiona perełeczko?). zresztą nawet pan tuta stwierdził, że jest drętwo. dobrze więc - było drętwo. ale ja ich i tak uwielbiam.
czy chcę powiedzieć coś jeszcze? może, o! poproszę państwa o radę. co zrobić by wydostać się z tej grupy luzerów, która stanowi niewielki odsetek każdego towarzystwa koncertowego? chcę być wylansowana indie-laską, czekam na mojego prywatnego goka  wana.
ps. czy mówiłam już jak bardzo jestem szczęśliwa, iż na openerze zagrają crystal castles?


skomentuj (4)

2009-01-24 17:56:06
wielka smuta
jak się rzekło, na filologii rosyjskiej sesji nie ma. jest za to wielka smuta. wielka smuta 2009. tak na dobrą sprawę , to się jeszcze nie zaczęła, a pozostały już tylko niedobitki. ale jeszcze jakoś powłóczę nogami i zmuszam się do nauki. nie uwierzycie, ale ojciec niekrasowa przywiązywał do drzewa jego matkę! i takich nas fascynujących rzeczy tutaj uczą. znam tez kilka wierszyów o kupie.
i tak jak w zeszłym roku w trakcie sesji, towarzyszy mi trent. boski, boski trent. i myślę, że za rok, w trakcie sesji na mechanice, też towarzyszył będzie mi.


skomentuj (2)

2009-01-01 14:22:20
fakin szit.
zwykle nie mam problemu z zapisywaniem dat. lata się zmieniają, jeden rok za drugim, ale tym razem ta dziewiątka wygląda dziwnie, nienaturalnie i zwyczajnie mi w dacie nie pasuje. chyba rok 2008 zbyt szybko się dla mnie skończył. jak zwykle, oczekiwałam fajerwerków, a dostałam... sama nie wiem co dostałam (i zdałam sobie właśnie sprawę, że nie lubię wielokropków).
po chuja te wszystki roczne podsumowania. nie lubiłam tego, nie lubię i nigdy nie polubię, ale to nasuwa się samo, by się zastanowić, pomyśleć i stwierdzić, czy się coś pozytywnego spłodziło, czy może wszystko zjebało.
jak co roku, myślę o tym, że bywało fajnie, chwilami genialnie, ale i tak nadal tkwię w ciemnej dupie. znów nie zrobiłam nic, czym można by sie pochwalić, nie dotrzymałam nawet noworocznych postanowień sprzed 12stu miesięcy. w tym roku są juz następne - nie kłamać, zabić w sobie lenia,nie marnować czasu. ale i tak ich pewnie nie dotrzymam.
w ogóle nie lubię sylwestrów. czuję się zmuszona do imprezowania, a jak nie mam żadnych planów czuję sie jak potworny dziwak. nie lubię sylwestrów.
i nie chciałam, żeby zabili chris'a w "skins". nienawidzę scenarzystów.
a 1 stycznia nie znoszę wyjątkowo, bo nie tylko przypomina niedzielę, ale jest jak niedziela do dziesiątej potęgi.
dzisiaj wyjątkowo nienawidzę świata, na szczęście mam swoje cyryliczne literki i to cudowne uczucie, które ostatni raz towarzyszyło mi w klasach 1-3 w podstawówce - poczucie,że jestem całkiem inteligentna.

skomentuj (2)

2008-10-08 22:18:37
###
jezu, od kilku dni jest tak w dupę pieknie, że aż nudno. nie ma się z kim kłócić, wszyscy albo zbyt mili, albo zbyt zajęci. właściwie nie powinnam mieć już siły na kłótnie, bo sie na venie ponoć wyszalałam. ta jest, wyszalałam, napatrzyłam na wylansowane śliczne dziewczyny, na przystojnych wylansowanych kolesi. i jak już będę duża, to sama będę śliczna i wylansowana i będe miała przystojnego , wylansowanego faceta. ale to nieprędko nastąpi, najpierw musze skończyć mentalną 18stkę.
no a poza wylansowanymi osobnikami płci obojga, byli też cool kids of death (jak najbardziej wylansowani i jak najbardziej męscy), w róznych miejscach - backstage, stage, korytarz, bar (bez toalet, niestety). i cierpię w tym momencie na jakąś ckod-manię (patrz: lans.fm, puplit [tapeta zmienia się 5 razy dziennie, ale najczęściej gości cinass].).
dla niezorientowanych (LANS) - byłam na venie WOLONTARIUSZKĄ. ode mnie zalezyło być albo nie być festiwalu,to ja szpiegowałam na backstage'u muzyków i to ja psułam opinie polskim dziewczynom (piski, wzdechy, kisiel w majtach). i byli t(i)nc (i jak najbardziej, wkładanie ręki w majtki jest wyrazem charyzmy! tak samo jak gwałcenie podłogi. tak więc, zaraz koło bixler'a-zavala'i mam kolejnego CHARYZMATYCZNEGO idola, dennis, love you), byli klaxons (aaach, jakiegoż oni mają przeboskiego akustyka, cały koncert mógł majstrować przy gitarach), happy modnays, primal scream, ale to po cool kids of death mam najwięcje siniaków, obrażeń, i jest mi z nimi dobrze , i ja chce znowu.
i studia się zaczęły, generalnie (a wiem, że to puste słowo, ale chuj). i (czasem)złota polska jesień. i ja już zdąrzyłam dwa wykłady opuścić. i z ludźmi się dogaduje, albo czuję od nich lepsza. jednym słowem - mam predyspozycje do bycia zajebistą, wylansowaną laską. a jak już będe, jak najbardziej powiadomię.

1,2,3, napisy końcowe.
ps. słowo "lans" w najróżniejszych wariacjach , pojawił się w notce razy 9, a dowiedziałam się dzis na zajęciach z analizy tekstu, że powinnam takich rzeczy unikaći, że to wręcz niedopuszczalne. ale że ja nie lubię tej pani doktor habilitowanej profesor nadzwyczajnej, to powiem : lans, lans, lans, lans, lans. i chuj.
psps. wiem, ze pierdolę, ale tak strasznie mi się nudzi.

skomentuj (1)

2008-08-23 14:13:11
Himininn Er Að Hyrnja, En Stjörnurnar Fara Þér Vel
i jak powiedziała leśna, tak mogłyby brzmieć oświadczny, a ja się zgadzam w nią w 100%. tak więc padajcie na kolana i mówcie "niebo spadło na ziemię, lecz gwiazdy wyglądają pięknie na tobie".
i nie wiem od czego zacząć, bo nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego rodzaju energii. nie mogę napisać, że było czadowo, bo nie było. ale było bajecznie. panowie z sigur rós... wróć! elfy z sigur rós stworzyły taki klimat, taką atmosferę, że siedzę teraz i smarkam w poduszkę, myśląc o tym, żeby tam znowu wrócić (i to jest najgorszy aspekt wszystkich gigów). brokat na twarzy, konfetti z nieba i jonsi masakrujący smyczkiem gitarę. plus jeszcze pan ólafur, który jest chyba jednym z najsympatyczniejszych i najbardziej uroczych... powiedziałabym ludzi, ale mam wrażenie, że to nie ludzie, a zupełnie inny gatunek latał w środę po scenie w parku sowińskiego.
i mogłabym się rozpływać na setlistą, nad fantastycznym nałośnieniem, idealną miejscówką dla koncertu, wspaniałą publiką, ale byłoby to nader racjonalne, a jakośod środy wieczór racjonalnie nie myślę.
pozostaje mi tylko dziękować za to, że się urodziłam i, że wyleciałam ze studiów, by później mieć czas na zarabianie ciężkiej kasy. a poza tym to gromkie fenk ju za wspaniałe towarzystwo, afterparty i nocowanko.
ps. biała podlaska znów dała o sobie znać.

skomentuj (4)

2008-07-27 23:44:36
concertina.

chyba zachorowałam na koncerto-marsovolto-holizm. czuje sie jak muzyczna nimfomanka, bo od soboty rano, myslę tylko tym, że chcę jeszcze raz na koncert. myślałam, że jak zobaczę muse, interpol i mars voltę na żywo, to będę mogła sobie już umrzeć w spokoju ducha, że przeżyłam to, co było do przeżycia. ale ja chcę jeszcze więcej.:<
niepocieszona, oglądam te wszystkie filmiki na jołtjubie, te ze stodoły i te z poza niej. jak cedric liże mikrofon, jak go połyka, jak fika koziołki, robi przewrót w przód i w tył, jak kradnie perkusję i wyrzuca publice. ten facet nie jest chyba do końca normalny, na żywo jeszcze bardziej przerażający (wzrok mordercy!), ale za niego też chętnie bym wyszła.:> (tylko niech obetnie te okropne kudły i zapuści zarost, aj! <3)
generalnie, stodole do nieba niewiele brakowało - gdyby nie fatalne nagłośnienie, było by rzeczywiście bosko. jednak w trakcie koncertu parę razy umarłam, a pewnie gdyby nie kibelek wcześniej, to bym się i zsikała z wrażenia. było głośno (może nawet ciut zbyt, przez pół godziny po, nie słyszałam sama siebie, no i te okropne szpile w uszach, gdy włączał się wokal. jak zacznę chodzić do kościoła, będę się modlić o nowych dźwiękowców dla tego klubu, amen.), schizowo (no, już wspominałam o tych wszystkich ced'owych akrobacjach, ale jednak ten kozioł z wyskokiem na ręce, odbcie się i powrót do pozycji wyjściowej, to było miszczostwo. szczególnie podobało sie maldonce, prawda? ;>) i, kurka wodna, nie było nic z pierwszej płyty! (taaak, wiem to nie koncert zyczeń, no ALE!) tu jednak moje oburzenie się kończy, setlista była w dechę i myślę sobie, że nawet gdyby zagrali bogurodzicę, umierałabym tam ze szczęścia i radości. i nawet kulturalnie całkiem było. no i fani jacy przystojni. szczególnie ten z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIM RĘKAMI jakie widziałam (z kolei słowo "ręka" i jego odmiana to najgłupsza sprawa pod słońcem, tak sobie właśnie pomyslałam.) generalnie, jakoś takie branie miałyśmy w tej warszawie, nie maldon? nie wiem, czy tam panuje tak głęboka desperacja, czy my, aż tak mocno urodą grzeszymy.w każdym bądź razie był i miły pan z pociągu, który zabawiał nas sztuczkami i uczył gry w durnia, był i przemiły dres (lub jak to malć go nazwała - łańcuszek... nie wiem o co cho, ale to jej słowa!),który po kilku minutach chciał nam stawiać piwo, był przemiły anglik (...), no i koleś z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIMI RĘKAMI  jakie widziałam.
a warszawa jest miastem przecudnej urody, szczególnie w godzinach 23.00-3.00. na ulicach jest spokojnie, a na dworcowych ławkach, wśród warszawskich żuli panuje niesamowicie rodzinna atmosfera. (no i mają tvn24!!!) tylko smród jest nie do zniesienia - imbliżej wisły, tym bardziej śmierdzi.
generalne chętnie bym strzeliła jakiegoś amatorskiego lejałta z cedric'iem i omarem, ale fotoszop jak na złość schował mi się gdzieś.:<
i słucham sobie własnie roullete dares i chce jeszcze raz zobaczyć tych pojebów na żywo.i wierzcie mi, potrafię długo tak biadolic i skomleć.

[edyt.] no i jest nowy lej. miało być spektakularnie, a jest przyzwoicie (prawda?), bo jedyne co zapamiętałam z fotoszopa to to, jak go uruchomić. tak, czy owa, udało mi się znaleźć zdjęcie, gdzie obaj wyglądają jak człowieki, tak więc enjoy pięknymi panami - cedric'iem i omarem.



skomentuj (12)

2008-07-09 23:11:48
_cm//nxt:

jak zwykle brak mi słów. te genialne koncerty pamiętam jak przez mgłe, te mniej genialne pamiętam lepiej, ale przy tych genialnych wypadają marnie, więc nie warto nich pisać. interpol cudowny, boski, rewelacyjny. znów udało mi się znaleźć świetną miejscówkę (mniej więcej to samo miejsce co rok temu na muse). daniel chował mi się za głośnik ale jak już wyskakiwał ojaojaojaoja, cud facet. ;D paul się na mnie spojrzał, jajajaj! no i generalnie to kisiel, kisiel, kisiel. od soboty katuję się interpolem i żal mi, że jest już po wszystkim.
a z innych świetnych koncertów to : pierwszego dnia jak najbardziej the cribs. świetni są na żywo, pogo było też niezłe, czyli to co gleba ludzi najbardziej - masa spoconych facetów bez koszulek obijających sie o siebie pod sceną. lala. jakos tak nie mogę się skupić na muzyce the cribs, jak myślę o tym pogo, no. ale koncert był przedni, pierwszego dnia najlepszy. a pierwszego dnia widziałam też editorsów (mówiłam już, ale powtórzę - kocham anglików mówiących po polsku ;D), roisin murphy (wariatka normalnie, love her) no i raconteurs, którzy troszkę smucili.
drugi dzień - wszyscy zjedzeni przez interpol. a z polskich no to rotofobia bardzo łanie dała radę no i boskie loco star - ach, ach, kocham głos marsiji i chcę ich gdzieś tu w łodzi. były jeszcze cocorosie, matulu, kocham jee! a widziałam tylko 20 minut koncertu niestety  zostałam jeszcze poobijana przez masę 50-letnich punkow, którzy w namiocie czekali na sex pistols. tak więc okoliczności nie sprzyjały. ale słyszałam na żywo japan. cudooo, chcę je w polsce.
a trzeci dzień, łooo, tu też była miazga. może bez kiślu, ale miazga była. z polskich zmiażdżyli mnie bajzel i hatifnats. a ze światowców no to napierw massive attack, a potem chemical brothers. o mamo, co tam się działo, ciary były takie, że słów brak.
zresztą brak mi słów co do całego openera. chodziłam gdzie chciałam, widziałam prawie wszystko, co chciałam zobaczyć. miałam też miłe towarzystwo, fiku kochany, miotło droga moja, kłaniam się wam i dziwię, żeście ze mną wytrzymali. ;)
no to, teraz byle do następnego openera. i tak patrząc na moje statystyki na last.fm - muse byli, interpol także, to teraz czas na nine inch nails, cooo? ;)
a tak z ostatniej chwili : wpadłam dzisiaj na pomysł wyjazdu na festiwal w jarocinie. do festu zostało 1,5 tygodnia, życzcie mi szczęśćia. ;P



skomentuj (4)

2008-06-29 11:28:52
hakuna matata.
tak jak oczywistym jest, że po nocy wstaje słońce, a po zimie przychodzi wiosna, tak jest oczywiste, że raz na dwa lata zaśliniam telewizor, gapiąc się na wszystkich cudownie przystojnych piłkarzy, ach. niestety, euro się kończy, moje serce krwawi i naprawdę nie wiem, jak przetrwam kolejne dni bez żadnego meczu. :< (dla ukazania jak wielka jest moja mania - mecz rosja-hiszpania <3:0> widziałam 4 razy).
dzisiaj finał, niech nikt nie waży mi się trzymac kciuków za szwabów. boski torres ma strzelić hat-tricka.
tymczasem zbliża się opener. oj wielkimi krokami zbliża się. trzy dni światowej muzyki, niezdrowego żarcia i sikania po krzakach. tradycyjnie, jestem wyjątkowo niezorganizowana, prawdopodobnie będę nocować na dworcu, a dojadę tam na wozie z sianem, bo nic, kompletnie nic, nie jest ustalone. ale w tym roku nie ma kiślu (kisielu, kiśla, whatever) w majtach, co poprzednio. jakoś wyjątkowo jechać mi się nie chce. ale sprawozdanie będzie.
hakuna matata.

skomentuj (3)

2008-05-09 19:10:33
but w butonierce.
ach, ach, znowu to wiosenne podniecenie, ostre zapachy kręcą w nosie, aż boli głowa, ale kocham ten stan, tę porę roku, mogę chodzić nawet z wieczną migreną, ale chcę ciąglę wąchać te kwiaty, drzewa i tę cąłą zieleń. romantycznie, absurdalnie, hormonalnie się ostatnio zrobiło. euforia trwa nadal.
nie jestem już księżniczką na ziarnku grochu, zaczęłam się hańbić pracą. ale jestem gotowa połamać sobie paznokcie, słuchajcie tylko co się dzieje w tym roku w naszej pięknej polandii! interpol, the mars volta, sigur ros, klaxons, editors, cocorosie, massive attack. mogę tak jeszcze długo. tego lata umrę ze szczęścia, jak bum cyk cyk. więc hańbię się, żeby tylko zobaczyć to wszystko, posłuchać, poocierać się o spocony tłum i dostać kablem w oko z wyrazami miłosci od cedric'a bixler'a - zavala'i. ;) (podobno trafia wszystkich w pierwszych rzędzie).
myślałam, że to rok 2007 był cudowny, ale ten zapowiada się jeszcze lepiej. ale tfu, tfu w niemalowane, aby nie zapeszyć.
poza tym artyści rozmaici się produkują. w tej chwili słucham właśnie nowego tworu pana trenta. (trzeci, TRZECI! w ciągu ostatnich kilku miesięcy, ja nie wiem jak on to robi). no i rzecz nienajświeższa, ale jednak - h.a.a.r.p. (i tu gorące pozdrowienia dla wariatek, dwóch monik ;)). no niestety, nie jest to mistrzostwo. choć boski metju, jak zwykle boski. i jego cudowna brokatowa gitara. ;) i krzychu ładnie się uśmiecha także, aaach. lecz muzycznie to dla mnie powtórka z gdyni, zresztą ,powatarzam się już, ale oni są perfekcyjni aż do bólu. i licze na poprawę, bo nie lubię tworów idealnych.
a tymczasem lecę do biedronki.

skomentuj (11)

2008-03-30 23:23:33
beann'shea
mogłabym w sumie ponarzekać, popłakac trochę nad rozlanym mlekiem, że mi źle, tak niedobrze, bo na tarczy mnie wynieśli, bo ze studiów wywalili, że ja jestem głupia baba, co nawet jednego semestru na uczelni wyższej nie zaliczyła, że nie będzie egispkich piramid, piasków pustynie, smaku przygody. że tramwajem już na fajnej trasie nie jeżdzę dzień w dzień (dla niewtajemniczonych jestem fanką komunikacji miejskiej), fajnych ludzi nie spotykam. narzekac jednak nie mam zamiaru, bo ciągle trzyma się mnie ślepa euforia. choć może bardziej tumiwisizm tak zwany. pomimo, że przyszłość nie wygląda najlepiej, ba, narazie nie wygląda wcale.
pozytywnych wiadomości jest bardzo wiele, chociażby takich, że polubiłam w końcu święta wielkanocne. w końcu było tak jak być powinno. rodzinnie, ciepło, może trochę nudno, ale ważne, że nie kłótliwie. oczywiście, taki stan rzeczy wyszedł tylko i zupełnie przez całkowity przypadek, ale ważny jest fakt.
a tak poza tym, to dzisiaj wiosna była już pełną gębą. mozliwe, że tylko na 5 minut, bo zima być może znów ma chęć zaskoczyć drogowców, ale była! kalendarzowa też już niedawno przyszła, więc razem zaśpiewajmy aaaaa już jest wiosna.

skomentuj (7)

2008-03-12 22:13:25
()
z latest news to tak : zakończyłam studentowanie na kierunku archeologia. jeszcze nie oficjalnie, bo legitymację wciąż posiadam i nie omieszkam nie szpanować przez tych kilka ostatnich dni. i w ogóle, w ogóle nie jest mi z tego powodu przykro. wręcz przeciwnie - jeszcze nigdy nie produkowałam tylu endorfin. powiem więcej - na tę chwilę kocham nawet damiana! (ale nie wiem jak długo to potrwa.)
niestety, nie było cudownie boskich facetów z nagimi, opalonymi klatami. :< były za to krzemienie czekoladowe (które z czekoladą niestety nie miały wiele wspólnego), nieinwazyjne metody prospekcji archeologicznej i profile na formacie A3.i nigdy, już NIGDY nie dotknę niczego co  będzie miała cokolwiek wspólnego z wielkimi bitwami średniowiecznymi. od dzisiaj mogę sobie myśleć, że bitwa pod grunwaldem odbyła się w 1881 roku, a buzdygan to taki szkocki troll.
i kocham trenta, metju i dżejdi.
dziekoja.
ps. jak pewnie zauważyliście, zabrakło boskiego metju, a wróciły stare śmieci. tak jakoś napatoczyłam się na folder z szablonami, jedne bardziej udane, drugie trochę mniej. no to ten wrócił. bo obiło mi się o uszy, że było MAŁO CZYTELNIE. (na drugi raz nie mówcie tego głośno, boski m. patrzy.)

skomentuj (6)

2008-02-24 16:31:02
armageddon.

ostatnio chyba nienajlepiej ze mną. stany totalnej zaślepiającej euforii (patrz notka niżej), przeplatają się z zanikami świadomości. zaczynało się długo, od wracania po 5 razy, żeby sprawdzić, czy zmaknęłam drzwi/ wyłączyłam żelazko/ zakręciłam wodę. to było dawno. teraz weszłamw  nową fazę, mianowicie, mózg mi się wyłącza, a ja galopuję przed siebie, dopiero po kilku/ kilkunastu/ kilkudziesięciu minutach orientuję się gdzie jestem i zastanawiam się, jak ja się tam dostałam. niebezpieczne, szczególnie gdy idę minut kilkadziesiąt. myślałam, że to nie jest wielki problem, każdemu się zdarza. ale okazuje się, że jednak problem JEST wielki. własna matka chce mnie wysłać do psychologa. chyba strzelę sobie baranka.
a tak poza tym, to standardowo i tradycyjnie robię nie to co trzeba. na ten przykład , powinnam właśnie czytac o uzbrojeniu moskali pod orszą (i niech mi ktoś kurwa wytłumaczy w końcu co to jest łuk kompozytowy). ale nie-e.
trent jest boski.
i,uwaga. nastała chwila wiekopomna. 24 luty, godzina 16:28, temperatura powietrza 14 stopni w słońcu. powyższa notka postała w ciągu 7 minut.



skomentuj (3)

2008-02-14 14:34:22
*

Nowe notki się nie pojawiają, bo wyjątkowo nie ma na co narzekać. Wszystko jest wspaniałe, różowe i w dupę piękne.



skomentuj (1)

2007-12-31 18:51:55
###
a jednak, czasem warto wierzyć horoskopom. astrologowie twierdzili, że mój 2007 będzie wyśmienity. wyśmienity, to mało powiedziane. był poprostu hiper-mega-zajebisty.mam nadzieję, że 2008 będzie chociaż w połowie taki. i, że będzie muse, przynajmniej ze dwa razy. ;> wam życzę dosiego, a sobie nagiego boskiego. ;)

skomentuj (3)

2007-12-16 00:24:32
tak mi przykro, chciałabym jeszcze raz.
wybrałam się z przeświadczeniem, że wyrzucam pieniądze w błoto, a jak zwykle było niezwykle. bo coma daje jednak dobre koncerty. takie, które się przeżywa. na których człowiek czuje się częścią większej układanki, czuje, że bierze udział w czymś ważnym. przynajmniej ja czuję. a po wyjściu wiem, że będę to wspominać jeszcze długo, bo to jednak coś. i kocham, kocham głos szorstkiej dupy, hipnotyzuje. i życzyłabym sobie takiej kultury na każdym koncercie. może to dlatego, że byłam z dala od pogo (ryczące 14stki z rozmazanym makijażem w akcji), ale z moimi szkłami żadna odległość nie straszna. z tym, że dochodzę do pewnego wniosku. aby w pełni przeżyć koncert, muszę wyjść z niego poobijana i spocona. tym razem nie było możliwości uwalić się w błocie po kolana, niestety. i po roku psioczenia na nowy materiał, mogę w końcu stwierdzić, że jest jednak całkiem niezły. ale już, dość wynoszenia na piedestał.
ostatnio pielegnuję w sobie pasożytniczego lenia. i nie jest mi z nim dobrze. mój dzień polega na tym, że wracam z wykładu, z którego nic nie pamiętam, włączam komputer - diabelski pomiot - i patrzę się weń przez parę godzin, nie robiąc nic konstruktywnego. czuję, że tracę życie na niczym, że czas przecieka mi przez palce. wydaje mi się, że mam go za dużo, w końcu mi go zabraknie.

skomentuj (3)

2007-12-12 00:07:33
nocne myśli
Kiedy wychodzisz o świcie swojego życia, masz prawo zamykać oczy, kiedy sądzisz, że będąc dzieckiem, świat mógłby podążać za Twoją wolą, to nadal masz rację, ale gdy widzisz w lustrze własną niedoskonałość i twierdzisz, że nie masz na to wpływu, to wymierzasz policzek sobie samemu, a wszystkim, którzy odeszli z tego świata, zabierasz słońce.
(autor nieznany, bynajmniej nie ja.)
Wpadłam w sumie tylko na chwilę, po cosmo kosmetyki, ale co mi tam, niech będzie. To zabawne. Wszystko udaje się tylko wtedy, gdy człowiekowi nie zależy. Mnie nie zależy i się udaje. Jutro znowu Wielka Próba. Agricola, lacrima, moveo. Łaskawie zajrzałam do notatek,a tam, pewnie i tak zaliczę na 4+. Chyba ,że fart się skończy. Bo jak długo może trwać fart? Głupi mają szczęście, prawda powszechnie znana. Moje trwa już 3. miesiąc. 5. jeśli liczyć i to, że dostałam się na studia.
To będą smutne święta.

ps. blog.pl zmienił imidż, ojej.

skomentuj (4)

2007-10-29 12:57:43
panno megalomanko.
Dawno tu nie zaglądałam, ale weny jakoś brak. Nie będę się może rozpisywać o tym, co się aktualnie dzieje, bo będę musiała wspomnieć o glebowych frustracjach i o tym, że jestem coraz bardziej przeświadczona o tym, iż powinnam żyć w innej epoce. Np. w średniowieczu, gdzie testosteron spływał z facetów strużkami. Teraz tego nie mamy, metroseksualność mówi dzień dobry, nieee. Nie znosze facetów, którzy mają więcej kosmetyków niż ja i myją się częśćiej także. (pozdrowienia dla Damiana! ;)) O, albo tacy, co to kranu nie potrafią naprawić, albo rury uszczelnić. Zresztą, z takimi wiotkimi klatami, to nie ma co nawet dziur w rurach robić.
No, ale miałam nie wspominać o moich frustracjach.
Chociaż o kolejnej wspomnę i bardzo chętnie sie wyżyję. Na jesień miał być kolejny pompatyczny samogwałt, i co? Panowie z MUSE objeździli całą Europę, tylko nas pominęli, a obiecali. Oj nieee, jak znowu się tu pojawią, to za uszy wytargam, jak można tak dawać nadzieję niewiastom, a potem uciekać do Rumunii i na Węgry, hę?
No ok, miało o tym nie być, ale się już rozkręciłam z tymi frustracjami. Powiem jeszcze tylko, że nie lubię stada adoratorów i pukania młotkiem o 8 rano.

skomentuj (13)