nudzimisie blog

Twój nowy blog

huh.

5 komentarzy

tak jest, trochę się tu zmieniło. a ściślej mówiąc, blog powrócił do korzeni i przedpotopowego szablonu z okresu gimnazjum. (przy okazji, brawa dla mnie, przypadkowo usunęłam wszystkie linki)
ach, pierdolę. blog bytuje tylko i wyłącznie dlatego, że mam do niego sentyment. i trochę dlatego, że na zimę będe gdzieś chciała poemować.
tradycyjnie mogłabym się pochwalić moimi wakacyjnymi wojażami. mogłabym opowiedzieć jaka jestem zajebista, bo widziałam majkiego 3 razy, przeżyłam najfajniejszego henia ever, zwiedziłam pragę, piłam z niemcami i wogle. ale wy już wszyscy o tym wiecie;P (wszyscy = 3 osoby czytające to, kocham was moi fani ;**) wiecie też, że jestem zajebiście szaloną groupie i niedługo jadę w trasę za fantomasem albo mondo cane.;)
peace.

od najpiękniejszych chwil w moim życiu minęły już 3 dni. mój żywot dzieli się na to co było przed i co jest po trencie. i wiem co się mówi przed każdym koncertem swojego bożyszcza – „jeszcze tylko to i mogę umierać”. mówiłam tak już kilka razy, ale ja naprawdę mogę umrzeć w tym momencie, już nigdy nie przezyję czegoś takiego jak w ten wtorek. no chyba, że tręta po raz drugi i przysięgam sobie teraz, że jak tylko będę stara i będę miała kasy jak lodu, a on zacznie znowu grać, to pojadę i do czech, i do niemiec, a jak mi kasy starczy to, i na jamajkę, i do bangladeszu.
po pierwsze: fantastyczny support, zakochałam się w alecu jeszcze bardziej niż w atari teenage riot (przeszkadzały mi tylko te mega obcisłe rureczki, które mu gniotły jaja). i jeszcze nic endo – mój kolejny ideał kobiecego piękna. po drugie: nieziemska atmosfera, jak dotąd nie spotkałam się jeszcze, by wszyscy jednym chórem śpiewali każdy utwór. sama byłam wyczulona,bo nauczyłam się już (oglądając filmiki na yt;p), żeby nie wkurwiac mistrza w trakcie np.’hurt’ itd.;p ale publika była nieziemska, o czym wspomniał sam trent, a nawet napisał na cytowanym-wszędzie-przez-wszystkich-twitterze. po trzecie: setlista jak marzenie. spodziewałam się popłuczyn z najnowszych kilku płyt, a tu niespodziewajka – z najnowszej ograniczył się tylko do echoplex i discipline (które jak na niego są tragiczne, ale i tak chyba jedne z lepszych z tego albumu). a poza tym: the becoming, the fragile, the way out is through. matko bosko kochano, w najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że usłyszę na żywo to ostatnie. jakbyście tam były (bo to zdanie skierowane głównie do płci pięknej) i słyszały te jego szepty na początku utworu,to miałybyście ciarry w tym samym miejscu co ja.
a poza tym – jego ręce, jego ruchy sceniczne, jego głos i w ogóle cały on – na żywo jest tysiącpięćsetstodziewięćset razy bardziej boski niż na foto/audio/video.
i wiem,że wyszło mi dziś bardzo niemrawo, ale skończyły mi się już zapasy kislu i od 3 dni żyję w innym świecie.
chcę jeszcze raz:(

pomocy

3 komentarzy

ratuunku, skończyły mi się marzenia! trent w poznaniu, mogę umierać. <3
(kisiel, kisiel, kisiel.)

jako że produkuję się tu zwykle przedstawiając swe frustracje, bądź też chwaląc się muzycznymi doznaniami, pozwolę sobie kontynuować tę tradycję. nie, dziś bynajmniej nie będzie marudzenia. ([chwalipięta] sesja zdana, ihaha! [/chwalipięta]). przed momencikiem wróciłam sobie z przyjemniutkiego koncerciku zespoliku pewnego sławetnego i przewspaniałego, który odbył sie w wytwórni oczywiście, miejscóweczce, gdzie niezmiennie kurewsko piździ. zespół ów to oczywiście not. oczywiście, bo gra tam mój największy polski bożyszcz – cinas. był on OCZYWIŚCIE przeboski, przeprzystojny i miał bluzę z martwym ptakiem. <3 no, ale cóż, może powinnam przez 5 sekund udać, że nie mam umysłu trzynastki z buzującymi hormonami. no dobrze, impreza pod hasłem postwalentynki, zapewnienia ze strony organizatorów, że będzie kompletnie antyromantycznie i antywalentynkowo (w sumie i tak byłam z damianem, który wyśmiewał się ze mnie przez cały wieczór, bo w zaiście pięknym stylu wyjebałam orła pod klubem. nie widzę tu kompletnie miejsca na romantyzm). no i w istocie tak było, bowiem poczęstowani zostaliśmy filmami soft-porno z lat 20. generalnie, z porno nie miało to nic wspólnego, ale nie wiem, czy jest to powód do smutku. ja, w każdym razie uparcie wpatrywałam się w cinasa (i jego martwego ptaka).
koncert not w sumie to mój trzeci, nie wiem czy najlepszy. generalnie, tylko w filharmonii powinno się słuchać koncertów siedząc na krzesełku (nie mald? moja ty kochana, ukulturniona i całkowiecie odchamiona perełeczko?). zresztą nawet pan tuta stwierdził, że jest drętwo. dobrze więc – było drętwo. ale ja ich i tak uwielbiam.
czy chcę powiedzieć coś jeszcze? może, o! poproszę państwa o radę. co zrobić by wydostać się z tej grupy luzerów, która stanowi niewielki odsetek każdego towarzystwa koncertowego? chcę być wylansowana indie-laską, czekam na mojego prywatnego goka  wana.
ps. czy mówiłam już jak bardzo jestem szczęśliwa, iż na openerze zagrają crystal castles?

wielka smuta

2 komentarzy

jak się rzekło, na filologii rosyjskiej sesji nie ma. jest za to wielka
smuta. wielka smuta 2009. tak na dobrą sprawę , to się jeszcze nie
zaczęła, a pozostały już tylko niedobitki. ale jeszcze jakoś powłóczę
nogami i zmuszam się do nauki. nie uwierzycie, ale ojciec niekrasowa
przywiązywał do drzewa jego matkę! i takich nas fascynujących rzeczy
tutaj uczą. znam tez kilka wierszyów o kupie.
i tak jak w zeszłym roku w trakcie sesji, towarzyszy mi trent. boski,
boski trent. i myślę, że za rok, w trakcie sesji na mechanice, też
towarzyszył będzie mi.

zwykle nie mam problemu z zapisywaniem dat. lata się zmieniają, jeden rok za drugim, ale tym razem ta dziewiątka wygląda dziwnie, nienaturalnie i zwyczajnie mi w dacie nie pasuje. chyba rok 2008 zbyt szybko się dla mnie skończył. jak zwykle, oczekiwałam fajerwerków, a dostałam… sama nie wiem co dostałam (i zdałam sobie właśnie sprawę, że nie lubię wielokropków).
po chuja te wszystki roczne podsumowania. nie lubiłam tego, nie lubię i nigdy nie polubię, ale to nasuwa się samo, by się zastanowić, pomyśleć i stwierdzić, czy się coś pozytywnego spłodziło, czy może wszystko zjebało.
jak co roku, myślę o tym, że bywało fajnie, chwilami genialnie, ale i tak nadal tkwię w ciemnej dupie. znów nie zrobiłam nic, czym można by sie pochwalić, nie dotrzymałam nawet noworocznych postanowień sprzed 12stu miesięcy. w tym roku są juz następne – nie kłamać, zabić w sobie lenia,nie marnować czasu. ale i tak ich pewnie nie dotrzymam.
w ogóle nie lubię sylwestrów. czuję się zmuszona do imprezowania, a jak nie mam żadnych planów czuję sie jak potworny dziwak. nie lubię sylwestrów.
i nie chciałam, żeby zabili chris’a w „skins”. nienawidzę scenarzystów.
a 1 stycznia nie znoszę wyjątkowo, bo nie tylko przypomina niedzielę, ale jest jak niedziela do dziesiątej potęgi.
dzisiaj wyjątkowo nienawidzę świata, na szczęście mam swoje cyryliczne literki i to cudowne uczucie, które ostatni raz towarzyszyło mi w klasach 1-3 w podstawówce – poczucie,że jestem całkiem inteligentna.

###

1 komentarz

jezu, od kilku dni jest tak w dupę pieknie, że aż nudno. nie ma się z kim kłócić, wszyscy albo zbyt mili, albo zbyt zajęci. właściwie nie powinnam mieć już siły na kłótnie, bo sie na venie ponoć wyszalałam. ta jest, wyszalałam, napatrzyłam na wylansowane śliczne dziewczyny, na przystojnych wylansowanych kolesi. i jak już będę duża, to sama będę śliczna i wylansowana i będe miała przystojnego , wylansowanego faceta. ale to nieprędko nastąpi, najpierw musze skończyć mentalną 18stkę.
no a poza wylansowanymi osobnikami płci obojga, byli też cool kids of death (jak najbardziej wylansowani i jak najbardziej męscy), w róznych miejscach – backstage, stage, korytarz, bar (bez toalet, niestety). i cierpię w tym momencie na jakąś ckod-manię (patrz: lans.fm, puplit [tapeta zmienia się 5 razy dziennie, ale najczęściej gości cinass].).
dla niezorientowanych (LANS) – byłam na venie WOLONTARIUSZKĄ. ode mnie zalezyło być albo nie być festiwalu,to ja szpiegowałam na backstage’u muzyków i to ja psułam opinie polskim dziewczynom (piski, wzdechy, kisiel w majtach). i byli t(i)nc (i jak najbardziej, wkładanie ręki w majtki jest wyrazem charyzmy! tak samo jak gwałcenie podłogi. tak więc, zaraz koło bixler’a-zavala’i mam kolejnego CHARYZMATYCZNEGO idola, dennis, love you), byli klaxons (aaach, jakiegoż oni mają przeboskiego akustyka, cały koncert mógł majstrować przy gitarach), happy modnays, primal scream, ale to po cool kids of death mam najwięcje siniaków, obrażeń, i jest mi z nimi dobrze , i ja chce znowu.
i studia się zaczęły, generalnie (a wiem, że to puste słowo, ale chuj). i (czasem)złota polska jesień. i ja już zdąrzyłam dwa wykłady opuścić. i z ludźmi się dogaduje, albo czuję od nich lepsza. jednym słowem – mam predyspozycje do bycia zajebistą, wylansowaną laską. a jak już będe, jak najbardziej powiadomię.

1,2,3, napisy końcowe.
ps. słowo „lans” w najróżniejszych wariacjach , pojawił się w notce razy 9, a dowiedziałam się dzis na zajęciach z analizy tekstu, że powinnam takich rzeczy unikaći, że to wręcz niedopuszczalne. ale że ja nie lubię tej pani doktor habilitowanej profesor nadzwyczajnej, to powiem : lans, lans, lans, lans, lans. i chuj.
psps. wiem, ze pierdolę, ale tak strasznie mi się nudzi.

i jak powiedziała leśna, tak mogłyby brzmieć oświadczny, a ja się zgadzam w nią w 100%. tak więc padajcie na kolana i mówcie „niebo spadło na ziemię, lecz gwiazdy wyglądają pięknie na tobie”.
i nie wiem od czego zacząć, bo nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego rodzaju energii. nie mogę napisać, że było czadowo, bo nie było. ale było bajecznie. panowie z sigur rós… wróć! elfy z sigur rós stworzyły taki klimat, taką atmosferę, że siedzę teraz i smarkam w poduszkę, myśląc o tym, żeby tam znowu wrócić (i to jest najgorszy aspekt wszystkich gigów). brokat na twarzy, konfetti z nieba i jonsi masakrujący smyczkiem gitarę. plus jeszcze pan ólafur, który jest chyba jednym z najsympatyczniejszych i najbardziej uroczych… powiedziałabym ludzi, ale mam wrażenie, że to nie ludzie, a zupełnie inny gatunek latał w środę po scenie w parku sowińskiego.
i mogłabym się rozpływać na setlistą, nad fantastycznym nałośnieniem, idealną miejscówką dla koncertu, wspaniałą publiką, ale byłoby to nader racjonalne, a jakośod środy wieczór racjonalnie nie myślę.
pozostaje mi tylko dziękować za to, że się urodziłam i, że wyleciałam ze studiów, by później mieć czas na zarabianie ciężkiej kasy. a poza tym to gromkie fenk ju za wspaniałe towarzystwo, afterparty i nocowanko.
ps. biała podlaska znów dała o sobie znać.

chyba zachorowałam na koncerto-marsovolto-holizm. czuje sie jak muzyczna nimfomanka, bo od soboty rano, myslę tylko tym, że chcę jeszcze raz na koncert. myślałam, że jak zobaczę muse, interpol i mars voltę na żywo, to będę mogła sobie już umrzeć w spokoju ducha, że przeżyłam to, co było do przeżycia. ale ja chcę jeszcze więcej.:<
niepocieszona, oglądam te wszystkie filmiki na jołtjubie, te ze stodoły i te z poza niej. jak cedric liże mikrofon, jak go połyka, jak fika koziołki, robi przewrót w przód i w tył, jak kradnie perkusję i wyrzuca publice. ten facet nie jest chyba do końca normalny, na żywo jeszcze bardziej przerażający (wzrok mordercy!), ale za niego też chętnie bym wyszła.:> (tylko niech obetnie te okropne kudły i zapuści zarost, aj! <3)
generalnie, stodole do nieba niewiele brakowało – gdyby nie fatalne nagłośnienie, było by rzeczywiście bosko. jednak w trakcie koncertu parę razy umarłam, a pewnie gdyby nie kibelek wcześniej, to bym się i zsikała z wrażenia. było głośno (może nawet ciut zbyt, przez pół godziny po, nie słyszałam sama siebie, no i te okropne szpile w uszach, gdy włączał się wokal. jak zacznę chodzić do kościoła, będę się modlić o nowych dźwiękowców dla tego klubu, amen.), schizowo (no, już wspominałam o tych wszystkich ced’owych akrobacjach, ale jednak ten kozioł z wyskokiem na ręce, odbcie się i powrót do pozycji wyjściowej, to było miszczostwo. szczególnie podobało sie maldonce, prawda? ;>) i, kurka wodna, nie było nic z pierwszej płyty! (taaak, wiem to nie koncert zyczeń, no ALE!) tu jednak moje oburzenie się kończy, setlista była w dechę i myślę sobie, że nawet gdyby zagrali bogurodzicę, umierałabym tam ze szczęścia i radości. i nawet kulturalnie całkiem było. no i fani jacy przystojni. szczególnie ten z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIM RĘKAMI jakie widziałam (z kolei słowo „ręka” i jego odmiana to najgłupsza sprawa pod słońcem, tak sobie właśnie pomyslałam.) generalnie, jakoś takie branie miałyśmy w tej warszawie, nie maldon? nie wiem, czy tam panuje tak głęboka desperacja, czy my, aż tak mocno urodą grzeszymy.w każdym bądź razie był i miły pan z pociągu, który zabawiał nas sztuczkami i uczył gry w durnia, był i przemiły dres (lub jak to malć go nazwała – łańcuszek… nie wiem o co cho, ale to jej słowa!),który po kilku minutach chciał nam stawiać piwo, był przemiły anglik (…), no i koleś z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIMI RĘKAMI  jakie widziałam.
a warszawa jest miastem przecudnej urody, szczególnie w godzinach 23.00-3.00. na ulicach jest spokojnie, a na dworcowych ławkach, wśród warszawskich żuli panuje niesamowicie rodzinna atmosfera. (no i mają tvn24!!!) tylko smród jest nie do zniesienia – imbliżej wisły, tym bardziej śmierdzi.
generalne chętnie bym strzeliła jakiegoś amatorskiego lejałta z cedric’iem i omarem, ale fotoszop jak na złość schował mi się gdzieś.:<
i słucham sobie własnie roullete dares i chce jeszcze raz zobaczyć tych pojebów na żywo.i wierzcie mi, potrafię długo tak biadolic i skomleć.

[edyt.] no i jest nowy lej. miało być spektakularnie, a jest przyzwoicie (prawda?), bo jedyne co zapamiętałam z fotoszopa to to, jak go uruchomić. tak, czy owa, udało mi się znaleźć zdjęcie, gdzie obaj wyglądają jak człowieki, tak więc enjoy pięknymi panami – cedric’iem i omarem.

jak zwykle brak mi słów. te genialne koncerty pamiętam jak przez mgłe, te mniej genialne pamiętam lepiej, ale przy tych genialnych wypadają marnie, więc nie warto nich pisać. interpol cudowny, boski, rewelacyjny. znów udało mi się znaleźć świetną miejscówkę (mniej więcej to samo miejsce co rok temu na muse). daniel chował mi się za głośnik ale jak już wyskakiwał ojaojaojaoja, cud facet. ;D paul się na mnie spojrzał, jajajaj! no i generalnie to kisiel, kisiel, kisiel. od soboty katuję się interpolem i żal mi, że jest już po wszystkim.
a z innych świetnych koncertów to : pierwszego dnia jak najbardziej the cribs. świetni są na żywo, pogo było też niezłe, czyli to co gleba ludzi najbardziej – masa spoconych facetów bez koszulek obijających sie o siebie pod sceną. lala. jakos tak nie mogę się skupić na muzyce the cribs, jak myślę o tym pogo, no. ale koncert był przedni, pierwszego dnia najlepszy. a pierwszego dnia widziałam też editorsów (mówiłam już, ale powtórzę – kocham anglików mówiących po polsku ;D), roisin murphy (wariatka normalnie, love her) no i raconteurs, którzy troszkę smucili.
drugi dzień – wszyscy zjedzeni przez interpol. a z polskich no to rotofobia bardzo łanie dała radę no i boskie loco star – ach, ach, kocham głos marsiji i chcę ich gdzieś tu w łodzi. były jeszcze cocorosie, matulu, kocham jee! a widziałam tylko 20 minut koncertu niestety  zostałam jeszcze poobijana przez masę 50-letnich punkow, którzy w namiocie czekali na sex pistols. tak więc okoliczności nie sprzyjały. ale słyszałam na żywo japan. cudooo, chcę je w polsce.
a trzeci dzień, łooo, tu też była miazga. może bez kiślu, ale miazga była. z polskich zmiażdżyli mnie bajzel i hatifnats. a ze światowców no to napierw massive attack, a potem chemical brothers. o mamo, co tam się działo, ciary były takie, że słów brak.
zresztą brak mi słów co do całego openera. chodziłam gdzie chciałam, widziałam prawie wszystko, co chciałam zobaczyć. miałam też miłe towarzystwo, fiku kochany, miotło droga moja, kłaniam się wam i dziwię, żeście ze mną wytrzymali. ;)
no to, teraz byle do następnego openera. i tak patrząc na moje statystyki na last.fm – muse byli, interpol także, to teraz czas na nine inch nails, cooo? ;)
a tak z ostatniej chwili : wpadłam dzisiaj na pomysł wyjazdu na festiwal w jarocinie. do festu zostało 1,5 tygodnia, życzcie mi szczęśćia. ;P


  • RSS