ach, ach, znowu to wiosenne podniecenie, ostre zapachy kręcą w nosie, aż boli głowa, ale kocham ten stan, tę porę roku, mogę chodzić nawet z wieczną migreną, ale chcę ciąglę wąchać te kwiaty, drzewa i tę cąłą zieleń. romantycznie, absurdalnie, hormonalnie się ostatnio zrobiło. euforia trwa nadal.
nie jestem już księżniczką na ziarnku grochu, zaczęłam się hańbić pracą. ale jestem gotowa połamać sobie paznokcie, słuchajcie tylko co się dzieje w tym roku w naszej pięknej polandii! interpol, the mars volta, sigur ros, klaxons, editors, cocorosie, massive attack. mogę tak jeszcze długo. tego lata umrę ze szczęścia, jak bum cyk cyk. więc hańbię się, żeby tylko zobaczyć to wszystko, posłuchać, poocierać się o spocony tłum i dostać kablem w oko z wyrazami miłosci od cedric’a bixler’a – zavala’i. ;) (podobno trafia wszystkich w pierwszych rzędzie).
myślałam, że to rok 2007 był cudowny, ale ten zapowiada się jeszcze lepiej. ale tfu, tfu w niemalowane, aby nie zapeszyć.
poza tym artyści rozmaici się produkują. w tej chwili słucham właśnie nowego tworu pana trenta. (trzeci, TRZECI! w ciągu ostatnich kilku miesięcy, ja nie wiem jak on to robi). no i rzecz nienajświeższa, ale jednak – h.a.a.r.p. (i tu gorące pozdrowienia dla wariatek, dwóch monik ;)). no niestety, nie jest to mistrzostwo. choć boski metju, jak zwykle boski. i jego cudowna brokatowa gitara. ;) i krzychu ładnie się uśmiecha także, aaach. lecz muzycznie to dla mnie powtórka z gdyni, zresztą ,powatarzam się już, ale oni są perfekcyjni aż do bólu. i licze na poprawę, bo nie lubię tworów idealnych.
a tymczasem lecę do biedronki.