tak jak oczywistym jest, że po nocy wstaje słońce, a po zimie przychodzi wiosna, tak jest oczywiste, że raz na dwa lata zaśliniam telewizor, gapiąc się na wszystkich cudownie przystojnych piłkarzy, ach. niestety, euro się kończy, moje serce krwawi i naprawdę nie wiem, jak przetrwam kolejne dni bez żadnego meczu. :< (dla ukazania jak wielka jest moja mania – mecz rosja-hiszpania <3:0> widziałam 4 razy).
dzisiaj finał, niech nikt nie waży mi się trzymac kciuków za szwabów. boski torres ma strzelić hat-tricka.
tymczasem zbliża się opener. oj wielkimi krokami zbliża się. trzy dni światowej muzyki, niezdrowego żarcia i sikania po krzakach. tradycyjnie, jestem wyjątkowo niezorganizowana, prawdopodobnie będę nocować na dworcu, a dojadę tam na wozie z sianem, bo nic, kompletnie nic, nie jest ustalone. ale w tym roku nie ma kiślu (kisielu, kiśla, whatever) w majtach, co poprzednio. jakoś wyjątkowo jechać mi się nie chce. ale sprawozdanie będzie.
hakuna matata.