nudzimisie blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008

chyba zachorowałam na koncerto-marsovolto-holizm. czuje sie jak muzyczna nimfomanka, bo od soboty rano, myslę tylko tym, że chcę jeszcze raz na koncert. myślałam, że jak zobaczę muse, interpol i mars voltę na żywo, to będę mogła sobie już umrzeć w spokoju ducha, że przeżyłam to, co było do przeżycia. ale ja chcę jeszcze więcej.:<
niepocieszona, oglądam te wszystkie filmiki na jołtjubie, te ze stodoły i te z poza niej. jak cedric liże mikrofon, jak go połyka, jak fika koziołki, robi przewrót w przód i w tył, jak kradnie perkusję i wyrzuca publice. ten facet nie jest chyba do końca normalny, na żywo jeszcze bardziej przerażający (wzrok mordercy!), ale za niego też chętnie bym wyszła.:> (tylko niech obetnie te okropne kudły i zapuści zarost, aj! <3)
generalnie, stodole do nieba niewiele brakowało – gdyby nie fatalne nagłośnienie, było by rzeczywiście bosko. jednak w trakcie koncertu parę razy umarłam, a pewnie gdyby nie kibelek wcześniej, to bym się i zsikała z wrażenia. było głośno (może nawet ciut zbyt, przez pół godziny po, nie słyszałam sama siebie, no i te okropne szpile w uszach, gdy włączał się wokal. jak zacznę chodzić do kościoła, będę się modlić o nowych dźwiękowców dla tego klubu, amen.), schizowo (no, już wspominałam o tych wszystkich ced’owych akrobacjach, ale jednak ten kozioł z wyskokiem na ręce, odbcie się i powrót do pozycji wyjściowej, to było miszczostwo. szczególnie podobało sie maldonce, prawda? ;>) i, kurka wodna, nie było nic z pierwszej płyty! (taaak, wiem to nie koncert zyczeń, no ALE!) tu jednak moje oburzenie się kończy, setlista była w dechę i myślę sobie, że nawet gdyby zagrali bogurodzicę, umierałabym tam ze szczęścia i radości. i nawet kulturalnie całkiem było. no i fani jacy przystojni. szczególnie ten z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIM RĘKAMI jakie widziałam (z kolei słowo „ręka” i jego odmiana to najgłupsza sprawa pod słońcem, tak sobie właśnie pomyslałam.) generalnie, jakoś takie branie miałyśmy w tej warszawie, nie maldon? nie wiem, czy tam panuje tak głęboka desperacja, czy my, aż tak mocno urodą grzeszymy.w każdym bądź razie był i miły pan z pociągu, który zabawiał nas sztuczkami i uczył gry w durnia, był i przemiły dres (lub jak to malć go nazwała – łańcuszek… nie wiem o co cho, ale to jej słowa!),który po kilku minutach chciał nam stawiać piwo, był przemiły anglik (…), no i koleś z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIMI RĘKAMI  jakie widziałam.
a warszawa jest miastem przecudnej urody, szczególnie w godzinach 23.00-3.00. na ulicach jest spokojnie, a na dworcowych ławkach, wśród warszawskich żuli panuje niesamowicie rodzinna atmosfera. (no i mają tvn24!!!) tylko smród jest nie do zniesienia – imbliżej wisły, tym bardziej śmierdzi.
generalne chętnie bym strzeliła jakiegoś amatorskiego lejałta z cedric’iem i omarem, ale fotoszop jak na złość schował mi się gdzieś.:<
i słucham sobie własnie roullete dares i chce jeszcze raz zobaczyć tych pojebów na żywo.i wierzcie mi, potrafię długo tak biadolic i skomleć.

[edyt.] no i jest nowy lej. miało być spektakularnie, a jest przyzwoicie (prawda?), bo jedyne co zapamiętałam z fotoszopa to to, jak go uruchomić. tak, czy owa, udało mi się znaleźć zdjęcie, gdzie obaj wyglądają jak człowieki, tak więc enjoy pięknymi panami – cedric’iem i omarem.

jak zwykle brak mi słów. te genialne koncerty pamiętam jak przez mgłe, te mniej genialne pamiętam lepiej, ale przy tych genialnych wypadają marnie, więc nie warto nich pisać. interpol cudowny, boski, rewelacyjny. znów udało mi się znaleźć świetną miejscówkę (mniej więcej to samo miejsce co rok temu na muse). daniel chował mi się za głośnik ale jak już wyskakiwał ojaojaojaoja, cud facet. ;D paul się na mnie spojrzał, jajajaj! no i generalnie to kisiel, kisiel, kisiel. od soboty katuję się interpolem i żal mi, że jest już po wszystkim.
a z innych świetnych koncertów to : pierwszego dnia jak najbardziej the cribs. świetni są na żywo, pogo było też niezłe, czyli to co gleba ludzi najbardziej – masa spoconych facetów bez koszulek obijających sie o siebie pod sceną. lala. jakos tak nie mogę się skupić na muzyce the cribs, jak myślę o tym pogo, no. ale koncert był przedni, pierwszego dnia najlepszy. a pierwszego dnia widziałam też editorsów (mówiłam już, ale powtórzę – kocham anglików mówiących po polsku ;D), roisin murphy (wariatka normalnie, love her) no i raconteurs, którzy troszkę smucili.
drugi dzień – wszyscy zjedzeni przez interpol. a z polskich no to rotofobia bardzo łanie dała radę no i boskie loco star – ach, ach, kocham głos marsiji i chcę ich gdzieś tu w łodzi. były jeszcze cocorosie, matulu, kocham jee! a widziałam tylko 20 minut koncertu niestety  zostałam jeszcze poobijana przez masę 50-letnich punkow, którzy w namiocie czekali na sex pistols. tak więc okoliczności nie sprzyjały. ale słyszałam na żywo japan. cudooo, chcę je w polsce.
a trzeci dzień, łooo, tu też była miazga. może bez kiślu, ale miazga była. z polskich zmiażdżyli mnie bajzel i hatifnats. a ze światowców no to napierw massive attack, a potem chemical brothers. o mamo, co tam się działo, ciary były takie, że słów brak.
zresztą brak mi słów co do całego openera. chodziłam gdzie chciałam, widziałam prawie wszystko, co chciałam zobaczyć. miałam też miłe towarzystwo, fiku kochany, miotło droga moja, kłaniam się wam i dziwię, żeście ze mną wytrzymali. ;)
no to, teraz byle do następnego openera. i tak patrząc na moje statystyki na last.fm – muse byli, interpol także, to teraz czas na nine inch nails, cooo? ;)
a tak z ostatniej chwili : wpadłam dzisiaj na pomysł wyjazdu na festiwal w jarocinie. do festu zostało 1,5 tygodnia, życzcie mi szczęśćia. ;P


  • RSS