chyba zachorowałam na koncerto-marsovolto-holizm. czuje sie jak muzyczna nimfomanka, bo od soboty rano, myslę tylko tym, że chcę jeszcze raz na koncert. myślałam, że jak zobaczę muse, interpol i mars voltę na żywo, to będę mogła sobie już umrzeć w spokoju ducha, że przeżyłam to, co było do przeżycia. ale ja chcę jeszcze więcej.:<
niepocieszona, oglądam te wszystkie filmiki na jołtjubie, te ze stodoły i te z poza niej. jak cedric liże mikrofon, jak go połyka, jak fika koziołki, robi przewrót w przód i w tył, jak kradnie perkusję i wyrzuca publice. ten facet nie jest chyba do końca normalny, na żywo jeszcze bardziej przerażający (wzrok mordercy!), ale za niego też chętnie bym wyszła.:> (tylko niech obetnie te okropne kudły i zapuści zarost, aj! <3)
generalnie, stodole do nieba niewiele brakowało – gdyby nie fatalne nagłośnienie, było by rzeczywiście bosko. jednak w trakcie koncertu parę razy umarłam, a pewnie gdyby nie kibelek wcześniej, to bym się i zsikała z wrażenia. było głośno (może nawet ciut zbyt, przez pół godziny po, nie słyszałam sama siebie, no i te okropne szpile w uszach, gdy włączał się wokal. jak zacznę chodzić do kościoła, będę się modlić o nowych dźwiękowców dla tego klubu, amen.), schizowo (no, już wspominałam o tych wszystkich ced’owych akrobacjach, ale jednak ten kozioł z wyskokiem na ręce, odbcie się i powrót do pozycji wyjściowej, to było miszczostwo. szczególnie podobało sie maldonce, prawda? ;>) i, kurka wodna, nie było nic z pierwszej płyty! (taaak, wiem to nie koncert zyczeń, no ALE!) tu jednak moje oburzenie się kończy, setlista była w dechę i myślę sobie, że nawet gdyby zagrali bogurodzicę, umierałabym tam ze szczęścia i radości. i nawet kulturalnie całkiem było. no i fani jacy przystojni. szczególnie ten z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIM RĘKAMI jakie widziałam (z kolei słowo „ręka” i jego odmiana to najgłupsza sprawa pod słońcem, tak sobie właśnie pomyslałam.) generalnie, jakoś takie branie miałyśmy w tej warszawie, nie maldon? nie wiem, czy tam panuje tak głęboka desperacja, czy my, aż tak mocno urodą grzeszymy.w każdym bądź razie był i miły pan z pociągu, który zabawiał nas sztuczkami i uczył gry w durnia, był i przemiły dres (lub jak to malć go nazwała – łańcuszek… nie wiem o co cho, ale to jej słowa!),który po kilku minutach chciał nam stawiać piwo, był przemiły anglik (…), no i koleś z białej podlaskiej z NAJBARDZIEJ BOSKIMI RĘKAMI  jakie widziałam.
a warszawa jest miastem przecudnej urody, szczególnie w godzinach 23.00-3.00. na ulicach jest spokojnie, a na dworcowych ławkach, wśród warszawskich żuli panuje niesamowicie rodzinna atmosfera. (no i mają tvn24!!!) tylko smród jest nie do zniesienia – imbliżej wisły, tym bardziej śmierdzi.
generalne chętnie bym strzeliła jakiegoś amatorskiego lejałta z cedric’iem i omarem, ale fotoszop jak na złość schował mi się gdzieś.:<
i słucham sobie własnie roullete dares i chce jeszcze raz zobaczyć tych pojebów na żywo.i wierzcie mi, potrafię długo tak biadolic i skomleć.

[edyt.] no i jest nowy lej. miało być spektakularnie, a jest przyzwoicie (prawda?), bo jedyne co zapamiętałam z fotoszopa to to, jak go uruchomić. tak, czy owa, udało mi się znaleźć zdjęcie, gdzie obaj wyglądają jak człowieki, tak więc enjoy pięknymi panami – cedric’iem i omarem.