zwykle nie mam problemu z zapisywaniem dat. lata się zmieniają, jeden rok za drugim, ale tym razem ta dziewiątka wygląda dziwnie, nienaturalnie i zwyczajnie mi w dacie nie pasuje. chyba rok 2008 zbyt szybko się dla mnie skończył. jak zwykle, oczekiwałam fajerwerków, a dostałam… sama nie wiem co dostałam (i zdałam sobie właśnie sprawę, że nie lubię wielokropków).
po chuja te wszystki roczne podsumowania. nie lubiłam tego, nie lubię i nigdy nie polubię, ale to nasuwa się samo, by się zastanowić, pomyśleć i stwierdzić, czy się coś pozytywnego spłodziło, czy może wszystko zjebało.
jak co roku, myślę o tym, że bywało fajnie, chwilami genialnie, ale i tak nadal tkwię w ciemnej dupie. znów nie zrobiłam nic, czym można by sie pochwalić, nie dotrzymałam nawet noworocznych postanowień sprzed 12stu miesięcy. w tym roku są juz następne – nie kłamać, zabić w sobie lenia,nie marnować czasu. ale i tak ich pewnie nie dotrzymam.
w ogóle nie lubię sylwestrów. czuję się zmuszona do imprezowania, a jak nie mam żadnych planów czuję sie jak potworny dziwak. nie lubię sylwestrów.
i nie chciałam, żeby zabili chris’a w „skins”. nienawidzę scenarzystów.
a 1 stycznia nie znoszę wyjątkowo, bo nie tylko przypomina niedzielę, ale jest jak niedziela do dziesiątej potęgi.
dzisiaj wyjątkowo nienawidzę świata, na szczęście mam swoje cyryliczne literki i to cudowne uczucie, które ostatni raz towarzyszyło mi w klasach 1-3 w podstawówce – poczucie,że jestem całkiem inteligentna.