jako że produkuję się tu zwykle przedstawiając swe frustracje, bądź też chwaląc się muzycznymi doznaniami, pozwolę sobie kontynuować tę tradycję. nie, dziś bynajmniej nie będzie marudzenia. ([chwalipięta] sesja zdana, ihaha! [/chwalipięta]). przed momencikiem wróciłam sobie z przyjemniutkiego koncerciku zespoliku pewnego sławetnego i przewspaniałego, który odbył sie w wytwórni oczywiście, miejscóweczce, gdzie niezmiennie kurewsko piździ. zespół ów to oczywiście not. oczywiście, bo gra tam mój największy polski bożyszcz – cinas. był on OCZYWIŚCIE przeboski, przeprzystojny i miał bluzę z martwym ptakiem. <3 no, ale cóż, może powinnam przez 5 sekund udać, że nie mam umysłu trzynastki z buzującymi hormonami. no dobrze, impreza pod hasłem postwalentynki, zapewnienia ze strony organizatorów, że będzie kompletnie antyromantycznie i antywalentynkowo (w sumie i tak byłam z damianem, który wyśmiewał się ze mnie przez cały wieczór, bo w zaiście pięknym stylu wyjebałam orła pod klubem. nie widzę tu kompletnie miejsca na romantyzm). no i w istocie tak było, bowiem poczęstowani zostaliśmy filmami soft-porno z lat 20. generalnie, z porno nie miało to nic wspólnego, ale nie wiem, czy jest to powód do smutku. ja, w każdym razie uparcie wpatrywałam się w cinasa (i jego martwego ptaka).
koncert not w sumie to mój trzeci, nie wiem czy najlepszy. generalnie, tylko w filharmonii powinno się słuchać koncertów siedząc na krzesełku (nie mald? moja ty kochana, ukulturniona i całkowiecie odchamiona perełeczko?). zresztą nawet pan tuta stwierdził, że jest drętwo. dobrze więc – było drętwo. ale ja ich i tak uwielbiam.
czy chcę powiedzieć coś jeszcze? może, o! poproszę państwa o radę. co zrobić by wydostać się z tej grupy luzerów, która stanowi niewielki odsetek każdego towarzystwa koncertowego? chcę być wylansowana indie-laską, czekam na mojego prywatnego goka  wana.
ps. czy mówiłam już jak bardzo jestem szczęśliwa, iż na openerze zagrają crystal castles?