od najpiękniejszych chwil w moim życiu minęły już 3 dni. mój żywot dzieli się na to co było przed i co jest po trencie. i wiem co się mówi przed każdym koncertem swojego bożyszcza – „jeszcze tylko to i mogę umierać”. mówiłam tak już kilka razy, ale ja naprawdę mogę umrzeć w tym momencie, już nigdy nie przezyję czegoś takiego jak w ten wtorek. no chyba, że tręta po raz drugi i przysięgam sobie teraz, że jak tylko będę stara i będę miała kasy jak lodu, a on zacznie znowu grać, to pojadę i do czech, i do niemiec, a jak mi kasy starczy to, i na jamajkę, i do bangladeszu.
po pierwsze: fantastyczny support, zakochałam się w alecu jeszcze bardziej niż w atari teenage riot (przeszkadzały mi tylko te mega obcisłe rureczki, które mu gniotły jaja). i jeszcze nic endo – mój kolejny ideał kobiecego piękna. po drugie: nieziemska atmosfera, jak dotąd nie spotkałam się jeszcze, by wszyscy jednym chórem śpiewali każdy utwór. sama byłam wyczulona,bo nauczyłam się już (oglądając filmiki na yt;p), żeby nie wkurwiac mistrza w trakcie np.’hurt’ itd.;p ale publika była nieziemska, o czym wspomniał sam trent, a nawet napisał na cytowanym-wszędzie-przez-wszystkich-twitterze. po trzecie: setlista jak marzenie. spodziewałam się popłuczyn z najnowszych kilku płyt, a tu niespodziewajka – z najnowszej ograniczył się tylko do echoplex i discipline (które jak na niego są tragiczne, ale i tak chyba jedne z lepszych z tego albumu). a poza tym: the becoming, the fragile, the way out is through. matko bosko kochano, w najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że usłyszę na żywo to ostatnie. jakbyście tam były (bo to zdanie skierowane głównie do płci pięknej) i słyszały te jego szepty na początku utworu,to miałybyście ciarry w tym samym miejscu co ja.
a poza tym – jego ręce, jego ruchy sceniczne, jego głos i w ogóle cały on – na żywo jest tysiącpięćsetstodziewięćset razy bardziej boski niż na foto/audio/video.
i wiem,że wyszło mi dziś bardzo niemrawo, ale skończyły mi się już zapasy kislu i od 3 dni żyję w innym świecie.
chcę jeszcze raz:(