nudzimisie blog

Twój nowy blog

tak jak oczywistym jest, że po nocy wstaje słońce, a po zimie przychodzi wiosna, tak jest oczywiste, że raz na dwa lata zaśliniam telewizor, gapiąc się na wszystkich cudownie przystojnych piłkarzy, ach. niestety, euro się kończy, moje serce krwawi i naprawdę nie wiem, jak przetrwam kolejne dni bez żadnego meczu. :< (dla ukazania jak wielka jest moja mania – mecz rosja-hiszpania <3:0> widziałam 4 razy).
dzisiaj finał, niech nikt nie waży mi się trzymac kciuków za szwabów. boski torres ma strzelić hat-tricka.
tymczasem zbliża się opener. oj wielkimi krokami zbliża się. trzy dni światowej muzyki, niezdrowego żarcia i sikania po krzakach. tradycyjnie, jestem wyjątkowo niezorganizowana, prawdopodobnie będę nocować na dworcu, a dojadę tam na wozie z sianem, bo nic, kompletnie nic, nie jest ustalone. ale w tym roku nie ma kiślu (kisielu, kiśla, whatever) w majtach, co poprzednio. jakoś wyjątkowo jechać mi się nie chce. ale sprawozdanie będzie.
hakuna matata.

ach, ach, znowu to wiosenne podniecenie, ostre zapachy kręcą w nosie, aż boli głowa, ale kocham ten stan, tę porę roku, mogę chodzić nawet z wieczną migreną, ale chcę ciąglę wąchać te kwiaty, drzewa i tę cąłą zieleń. romantycznie, absurdalnie, hormonalnie się ostatnio zrobiło. euforia trwa nadal.
nie jestem już księżniczką na ziarnku grochu, zaczęłam się hańbić pracą. ale jestem gotowa połamać sobie paznokcie, słuchajcie tylko co się dzieje w tym roku w naszej pięknej polandii! interpol, the mars volta, sigur ros, klaxons, editors, cocorosie, massive attack. mogę tak jeszcze długo. tego lata umrę ze szczęścia, jak bum cyk cyk. więc hańbię się, żeby tylko zobaczyć to wszystko, posłuchać, poocierać się o spocony tłum i dostać kablem w oko z wyrazami miłosci od cedric’a bixler’a – zavala’i. ;) (podobno trafia wszystkich w pierwszych rzędzie).
myślałam, że to rok 2007 był cudowny, ale ten zapowiada się jeszcze lepiej. ale tfu, tfu w niemalowane, aby nie zapeszyć.
poza tym artyści rozmaici się produkują. w tej chwili słucham właśnie nowego tworu pana trenta. (trzeci, TRZECI! w ciągu ostatnich kilku miesięcy, ja nie wiem jak on to robi). no i rzecz nienajświeższa, ale jednak – h.a.a.r.p. (i tu gorące pozdrowienia dla wariatek, dwóch monik ;)). no niestety, nie jest to mistrzostwo. choć boski metju, jak zwykle boski. i jego cudowna brokatowa gitara. ;) i krzychu ładnie się uśmiecha także, aaach. lecz muzycznie to dla mnie powtórka z gdyni, zresztą ,powatarzam się już, ale oni są perfekcyjni aż do bólu. i licze na poprawę, bo nie lubię tworów idealnych.
a tymczasem lecę do biedronki.

mogłabym w sumie ponarzekać, popłakac trochę nad rozlanym mlekiem, że mi źle, tak niedobrze, bo na tarczy mnie wynieśli, bo ze studiów wywalili, że ja jestem głupia baba, co nawet jednego semestru na uczelni wyższej nie zaliczyła, że nie będzie egispkich piramid, piasków pustynie, smaku przygody. że tramwajem już na fajnej trasie nie jeżdzę dzień w dzień (dla niewtajemniczonych jestem fanką komunikacji miejskiej), fajnych ludzi nie spotykam. narzekac jednak nie mam zamiaru, bo ciągle trzyma się mnie ślepa euforia. choć może bardziej tumiwisizm tak zwany. pomimo, że przyszłość nie wygląda najlepiej, ba, narazie nie wygląda wcale.
pozytywnych wiadomości jest bardzo wiele, chociażby takich, że polubiłam w końcu święta wielkanocne. w końcu było tak jak być powinno. rodzinnie, ciepło, może trochę nudno, ale ważne, że nie kłótliwie. oczywiście, taki stan rzeczy wyszedł tylko i zupełnie przez całkowity przypadek, ale ważny jest fakt.
a tak poza tym, to dzisiaj wiosna była już pełną gębą. mozliwe, że tylko na 5 minut, bo zima być może znów ma chęć zaskoczyć drogowców, ale była! kalendarzowa też już niedawno przyszła, więc razem zaśpiewajmy aaaaa już jest wiosna.

()

6 komentarzy

z latest news to tak : zakończyłam studentowanie na kierunku archeologia. jeszcze nie oficjalnie, bo legitymację wciąż posiadam i nie omieszkam nie szpanować przez tych kilka ostatnich dni. i w ogóle, w ogóle nie jest mi z tego powodu przykro. wręcz przeciwnie – jeszcze nigdy nie produkowałam tylu endorfin. powiem więcej – na tę chwilę kocham nawet damiana! (ale nie wiem jak długo to potrwa.)
niestety, nie było cudownie boskich facetów z nagimi, opalonymi klatami. :< były za to krzemienie czekoladowe (które z czekoladą niestety nie miały wiele wspólnego), nieinwazyjne metody prospekcji archeologicznej i profile na formacie A3.i nigdy, już NIGDY nie dotknę niczego co  będzie miała cokolwiek wspólnego z wielkimi bitwami średniowiecznymi. od dzisiaj mogę sobie myśleć, że bitwa pod grunwaldem odbyła się w 1881 roku, a buzdygan to taki szkocki troll.
i kocham trenta, metju i dżejdi.
dziekoja.
ps. jak pewnie zauważyliście, zabrakło boskiego metju, a wróciły stare śmieci. tak jakoś napatoczyłam się na folder z szablonami, jedne bardziej udane, drugie trochę mniej. no to ten wrócił. bo obiło mi się o uszy, że było MAŁO CZYTELNIE. (na drugi raz nie mówcie tego głośno, boski m. patrzy.)

ostatnio chyba nienajlepiej ze mną. stany totalnej zaślepiającej euforii (patrz notka niżej), przeplatają się z zanikami świadomości. zaczynało się długo, od wracania po 5 razy, żeby sprawdzić, czy zmaknęłam drzwi/ wyłączyłam żelazko/ zakręciłam wodę. to było dawno. teraz weszłamw  nową fazę, mianowicie, mózg mi się wyłącza, a ja galopuję przed siebie, dopiero po kilku/ kilkunastu/ kilkudziesięciu minutach orientuję się gdzie jestem i zastanawiam się, jak ja się tam dostałam. niebezpieczne, szczególnie gdy idę minut kilkadziesiąt. myślałam, że to nie jest wielki problem, każdemu się zdarza. ale okazuje się, że jednak problem JEST wielki. własna matka chce mnie wysłać do psychologa. chyba strzelę sobie baranka.
a tak poza tym, to standardowo i tradycyjnie robię nie to co trzeba. na ten przykład , powinnam właśnie czytac o uzbrojeniu moskali pod orszą (i niech mi ktoś kurwa wytłumaczy w końcu co to jest łuk kompozytowy). ale nie-e.
trent jest boski.
i,uwaga. nastała chwila wiekopomna. 24 luty, godzina 16:28, temperatura powietrza 14 stopni w słońcu. powyższa notka postała w ciągu 7 minut.

*

1 komentarz

Nowe notki się nie pojawiają, bo wyjątkowo nie ma na co narzekać. Wszystko jest wspaniałe, różowe i w dupę piękne.

###

3 komentarzy

a jednak, czasem warto wierzyć horoskopom. astrologowie twierdzili, że mój 2007 będzie wyśmienity. wyśmienity, to mało powiedziane. był poprostu hiper-mega-zajebisty.mam nadzieję, że 2008 będzie chociaż w połowie taki. i, że będzie muse, przynajmniej ze dwa razy. ;> wam życzę dosiego, a sobie nagiego boskiego. ;)

wybrałam się z przeświadczeniem, że wyrzucam pieniądze w błoto, a jak zwykle było niezwykle. bo coma daje jednak dobre koncerty. takie, które się przeżywa. na których człowiek czuje się częścią większej układanki, czuje, że bierze udział w czymś ważnym. przynajmniej ja czuję. a po wyjściu wiem, że będę to wspominać jeszcze długo, bo to jednak coś. i kocham, kocham głos szorstkiej dupy, hipnotyzuje. i życzyłabym sobie takiej kultury na każdym koncercie. może to dlatego, że byłam z dala od pogo (ryczące 14stki z rozmazanym makijażem w akcji), ale z moimi szkłami żadna odległość nie straszna. z tym, że dochodzę do pewnego wniosku. aby w pełni przeżyć koncert, muszę wyjść z niego poobijana i spocona. tym razem nie było możliwości uwalić się w błocie po kolana, niestety. i po roku psioczenia na nowy materiał, mogę w końcu stwierdzić, że jest jednak całkiem niezły. ale już, dość wynoszenia na piedestał.
ostatnio pielegnuję w sobie pasożytniczego lenia. i nie jest mi z nim dobrze. mój dzień polega na tym, że wracam z wykładu, z którego nic nie pamiętam, włączam komputer – diabelski pomiot – i patrzę się weń przez parę godzin, nie robiąc nic konstruktywnego. czuję, że tracę życie na niczym, że czas przecieka mi przez palce. wydaje mi się, że mam go za dużo, w końcu mi go zabraknie.

Kiedy wychodzisz o świcie swojego życia, masz prawo zamykać oczy, kiedy sądzisz, że będąc dzieckiem, świat mógłby podążać za Twoją wolą, to nadal masz rację, ale gdy widzisz w lustrze własną niedoskonałość i twierdzisz, że nie masz na to wpływu, to wymierzasz policzek sobie samemu, a wszystkim, którzy odeszli z tego świata, zabierasz słońce.
(autor nieznany, bynajmniej nie ja.)
Wpadłam w sumie tylko na chwilę, po cosmo kosmetyki, ale co mi tam, niech będzie. To zabawne. Wszystko udaje się tylko wtedy, gdy człowiekowi nie zależy. Mnie nie zależy i się udaje. Jutro znowu Wielka Próba. Agricola, lacrima, moveo. Łaskawie zajrzałam do notatek,a tam, pewnie i tak zaliczę na 4+. Chyba ,że fart się skończy. Bo jak długo może trwać fart? Głupi mają szczęście, prawda powszechnie znana. Moje trwa już 3. miesiąc. 5. jeśli liczyć i to, że dostałam się na studia.
To będą smutne święta.

ps. blog.pl zmienił imidż, ojej.

panno megalomanko.

13 komentarzy

Dawno tu nie zaglądałam, ale weny jakoś brak. Nie będę się może rozpisywać o tym, co się aktualnie dzieje, bo będę musiała wspomnieć o glebowych frustracjach i o tym, że jestem coraz bardziej przeświadczona o tym, iż powinnam żyć w innej epoce. Np. w średniowieczu, gdzie testosteron spływał z facetów strużkami. Teraz tego nie mamy, metroseksualność mówi dzień dobry, nieee. Nie znosze facetów, którzy mają więcej kosmetyków niż ja i myją się częśćiej także. (pozdrowienia dla Damiana! ;)) O, albo tacy, co to kranu nie potrafią naprawić, albo rury uszczelnić. Zresztą, z takimi wiotkimi klatami, to nie ma co nawet dziur w rurach robić.
No, ale miałam nie wspominać o moich frustracjach.
Chociaż o kolejnej wspomnę i bardzo chętnie sie wyżyję. Na jesień miał być kolejny pompatyczny samogwałt, i co? Panowie z MUSE objeździli całą Europę, tylko nas pominęli, a obiecali. Oj nieee, jak znowu się tu pojawią, to za uszy wytargam, jak można tak dawać nadzieję niewiastom, a potem uciekać do Rumunii i na Węgry, hę?
No ok, miało o tym nie być, ale się już rozkręciłam z tymi frustracjami. Powiem jeszcze tylko, że nie lubię stada adoratorów i pukania młotkiem o 8 rano.


  • RSS