nudzimisie blog

Twój nowy blog

.

10 komentarzy

Zastanawialiście się kiedyś nad małymi rzeczami, które sprawiają wam ogromną przyjemność? Ja owszem i doszłam do wniosku, że takimi przyjemnościami jest np. żucie gumy, albo strzelanie z bąbelków (bąbelkowe koperty, opakowania od sprzętu rtv, wiecie o co biega?). I analogicznie, rzeczy w życiu codziennym, które są najgorszą zmorą. U mnie w pierwszej 10. zawsze plasowały się wędkowanie i grzybobranie. O tym, że ryby mnie nie lubią wiedziałam zawsze, ale , że grzyby? O tym dowiedziałam się dzisiejszej nocy, gdy rzygałam jak kot. (myślę sobie, że powinnam wam oszczędzić tak drastycznych szczegółów z mojego żywota, ale co tam ;))
Wracając do przyjemnych aspektów – ludzie mają pasje. Ja ,niestety, oprócz żucia gumy, nie mam żadnego hobby.
To smutne, bo próbowałam w życiu bardzo wiele – od zbierania pocztówek, aż po śpiewanie (co skończyło się niedowracalną wadą słuchu dla najbliższych, a dla mnie urazem głowy, po licznych interwencjach słuchającyh).
Co mnie skłoniło do refleksji. Mianowicie, ostatnio atakowana jestem przez programy ukazujące tańczące talenty (i bynajmniej, nie jest to taniec z gwiazdami, wypraszam sobie).
Poza tym, że mogę poderwać krumpingowca (Traaaavis.) bo wiem, na czym owy krumping polega, wyniosłam jeszcze tyle, że ludzie w wieku 18-19 lat, dochodzą w życiu do niebylejakiego CZEGOŚ. I to jest fajne, ale i dołujące zarazem.
Cóż, niby może i mogłabyć zostać queen of the dancefloor, ale od razu nasuwa mi się na myśl Damian mówiący „Gleba, a ty w ogóle potrafisz ruszać biodrami?”.
W każdym razie, myślę, że Bóg, anioły, los, czy to coś co nad nami czuwa, przewidział jakąś „super” opcję dla każdego z nas i coś w czym każdy będzie mógł się wykazać.
Być może ja kiedyś wezme udział w biciu rekordu na ilośc paczek gum wyżutych w ciągu dnia.

Cóż,może w końcu napiszę coś na poważnie. Bez ochów, achów, popadania w samouwielbienie, robienia z siebie idiotki, tudzież komentowania (cudownej) urody boskiego Matthew. Podejmę w końcu tabu!
Tak więc na całkiem poważnie – LATO SIĘ SKOŃCZYŁO!
Z tej okazji minuta ciszy.
Ok, wystarczy.
To lato było naprawdę cudowne i chociaż mam jeszcze kawałek wakacji, to to nie jest już to samo. Urlopy się skończyły, dzieci hop siup w szkole, a pogoda, że tak powiem, zeszmaciła się kompletnie. O 16 nie da się wepchnąć do zetki, dzieci depczą po stopach, babcie dyszą nad głową.
A teraz na całkiem poważnie – najbardziej na świecie nienawidzę pewnej cechy swojego charakteru – ciągle na coś czekam. Zna ktoś może receptę na udane życie? (jeeej, powiało reklamą leku na prostatę). Oczywiście, wiem carpe diem, takie tem, bleh,bleh, ale tak na serio,w praktyce. Naprawdę, chciałabym się cieszyć każdą chwilą,ale cały czas coś jest nie tak. W lato, za gorąco, to chcę już jesień, ale nagle jesień zwala się niespodziewanie z arktycznymi frontami atmosferycznymi i myślę sobie, cholera, byle do świąt! Święta przychodzą, ale nie są takie jak zawsze, atmosferę przypomina tylko zapach gaszonej świeczki. Byle do wiosny! Byle do wakacji! I ciągle na coś czekam. Albo wspominam miłe chwile, cudowne momenty, które wtedy wcale nie wydawały się takie wspaniałe.
Teraz chciałabym połowę czerwca, kiedy to czułam się taka zajebista i niezależna, nie myślałam o studiach, tylko o tym, że w nocy z 30 czerwca na 1 lipca strace dziewictwo. O DżIzAs! I tak w kółko.
Gdyby nie ta pieprzona pogoda, to wszystko było by w porządku. Odzyskałam nawet wiarę w człowieka. Bo w momencie, gdy cham i prostak nie potrafi Cie w kulturalny sposób zaprosić na randkę,pojawia się miły chłopiec z Rumunii, z którym można pogadać o muzyce, kawie i papugach.
Czyli nie jest źle. Powiem nawet,że jest całkiem cool.
Tylko niech lato wróci. ._.

ja niestety nie jestem.

[edit.]

już nieaktualne. jednak jestem the best. ;>

Dużo mam do opowiedzenia, nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że pisać o szystkim nie będę, bo bilans podróży do Gdyni nie byłby zbyt pozytywny?
A z drugiej strony, tego o czym chciałabym napisać, nie da się określić żadnymi słowami.
Boscy, fenomenalni, nieziemscy, rewelacyjni,JEDYNI W SWOIM RODZAJU.
Tacy są moi trzej bogowie.
Na żywo są jeszcze bardziej genialni, kolejny cud świata!
Zaczęło się od „Take a Bow”, którego z reguły nie znosiłam. Dużo zdrowia kosztowało mnie słuchanie tego utworu. Rytm bez ładu i składu, nic do siebie nie pasuje. Próbowałam, ale nie wychodziło. Ale na Open’erze się udało. Ciemnooość, widzę ciemność, w tle Take a Bow, nagle z cienia wynurza się boski M. Istna poezja! Potem Dom i Chris, a Dominic ze swoim przeuroczym i przecudownym „cześć” na ustach!
No i kosmiczna energia w czasie „Apocalypse, Please” i „Starlight” (z reguły też już mi się znudziła, ale wystukiwanie i wyklaskiwanie rytmu na żywo niesie ze sobą tyle radości!!). W mojej głowie już do końca życia zostanie skaczący i tańczący Matt z gitarą, dosłownie przed moim nosem.
I ta niesamowita atmosfera wśród publczności! Wrzeszczenie razem z Matt’em, skakanie w rytm muzyki.

ale to tylko głupi bełkot, mówiłam, że tego nie da się opiusać. ja wciąz jestem pod wrażeniem, nie potrafię opisać swoich odczuć!

A tak, tylko sobie straszę tematem. ;]

Co prawda, nie powinnam hopać dopóki nie przeskoczę , ale, ale (złapali górale) z powodu stresu (że niby zapomniałam o ustnej maturze z polskiego… eee! długa historia) muszę się wyluzować (czyt. wyżyć). Soooory, ale nagie plecy francuskiego bożyszcza w tym momencie już nie wystarczają.

Matura już prawie na półmetku (praaawie no, bo angielski ustny się liczy tylko trochę ;>), warto więc pomyśleć o studiach (hehe.). No aleeee, mało który kierunek niesie z sobą wyraźne korzyści. Tak właściwie to tylko archeologia. Bo w głowie układa mi się następujący łańcuch : studia archeologiczne -> praca w terenie -> opalone męskie ciała w słonecznych promieniach. Tak się przedstawia moja przyszłość (bo nie mam zamiaru abstrahować od rzuconej w dzieciństwie przepowiedni – pracy nie znajdziesz, ale wyjdziesz bogato za mąż).
Jest też kierunek o egzotycznej nazwie rusycystyka. Nauka rosyjskiego, stopniowe budzenie rosyjskiej duszy w sobie (ja niestety nie mam już nic do budzenia, ale to dla towarzyszy picia.), aż w końcu eskapady na wschód. Co z tego, że zimno? Wiecie ilu arystokratów żyje w Rosji? Ok, coś koło 3% , ale mnie to nie zniechęca.
Z doświadczenia wiem, że najbardziej pociągający są informatycy, tudzież matematycy, więc politechnika (wraz z prywatnym haremem) wydaje się być kolejnym, po archeologii i rusycystyce, pomysłem na przyszłość. Pomijam już fakt, że gubię się w dodawaniu. Czy to ważne? Niee.
Kolejna alternatywa to rzucenie studiów w cholerę i wyjazd do pięknej Anglii. (tak sobie myślę, Anglicy są całkiem bogaci, prawda?) Oczywiście, wyjazd będzie tak czy inaczej, niewiadomą pozostaje tylko miejsce pobytu. Spokojny (huh.) Londyn, czy szaloooony Bristol? Cóż, poświęcę się i wyjdę za narkomana. (pod warunkiem, że będzie to brunet o imieniu Joe)
Ostatnia z możliwości, ta najbardziej skromna, to podjęcie pracy. Kopanie rowów/ smażenie frytek w McDonald’s/ stanie na promocji w stroju marchewki. Brzmi niezbyt obiecująco, ale wszystko łączy się z jednym – masz szefa. Dalej dopowiedzcie sobie same… (bo chyba żaden facet nie dotrwał tak daleko?)

Ps. Oczywiście, powyższy plan zostanie wprowadzony w życie tylko wtedy, gdy boski Matthew będzie chciał inną. ;]

Nienawidzę tego uczucia. Kiedy nagle uświadamiam sobie, że to co miałam chwile temu była dla mnie wszystkim i, że za momencik to wszystko stracę. Tragizuje, oczywiścue, bo to, że kończy się liceum wpłynie tylko pozytywnie. Bo będe się rozawijać i inne takie. Jednak będzie mi brakować scenki, całej paki scenkowiczów (bo nie wmówicie mi, że będziemy sie spotykac wszyscy razem, i tak wam nie uwierzę), sekcji plastycznej, jedzenia pizzy na świetlicy, bimbania w radiowęźle i tych wszystkich achów i ochów, które w tym momencie wydają mi się komiczne. Tak czy inaczej, będzie mi tego brakować. 3 lata temu, gdy wchodziłam tam po raz pierwszy, nie sądziłam, że zmienię się aż tak. Myślę, że to zaśługa towarzystwa. Bo 3 lata temu byłam beznadziejną, głupią (w tej materii niewiele się zmieniło) okularnicą, która była się odezwać. A dzięki tym ludziom pokochałam imprezy… i inne tego typu używki. ;]
Oj, dużo się działo i dużo będę wspominać. Wielka szkoda, że to już koniec, ale trzeba iść naprzód.
I powiem tak – kocham was pojeby. Bo pojebem trzeba być, żeby uwielbiać ćpuna, anorektyczkę, czy faceta, który prawie przeleciał własną siostrę (ale nie z włąsnej woli ;)
Pomimo wszystko, jesteście boscy.

Tym otpymistycznym akcentem pragnę wam przekazać, że… widzicie tego przystojnego pana po prawej? Tak tak, na przełomie czerwca i lipca, będe go oglądała na żywo. :) Nie tylko ja. Wszyscy polscy fani. TAK! MUSE PRZYJEŻDZAJĄ DO POLSKI!!! Czyż to nie piekne? To cudowne! Ach och! Brak mi słów. :)

W tym miejscu powinno sie znajdować podsumowanie roku 2007. Bo ja bardzo lubię podsumowania… ale nie w moim wykonaniu. ;3 Tak więc podsumowania nie będzie. Powiem tylko, że rok ten był stosunkowo udany. Byłby bardzo udany, gdyby nie kilka rozczarowań (bardzo DUŻYCH rozczarowań), kilkanaście kłótni, paredziesiąt przykrych słów, oraz średnia płyta MUSE. Ale negatywne przeżycia równoważą wspaniałe chwile z przyjaciółmi, miłosne wzloty i upadki (co z tego, że nic nie doszło do skutku? liczy się euforia), oraz średnia płyta MUSE. :P
Jednak życzyłabym sobie, zeby kolejne lata były znacznie bardziej udane, aby obfitowały w mniej kłotni, i żebym ja nie była już taka drętwa, nudna i złośliwa. ;3
Rok 2007 będzie ciężki, a ten kto powiedział, że 3 klasa liceum to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu, chyba nie wiedział co mówi.
Postanowień noworocznych jako takich nie mam, bo uważam to za ściemę. Mam tylko marzenia, ale to zastawię dla siebie.
cheers.

anomalia.

8 komentarzy

ujmę to górnolotnie.
zatracam się w pustej egzystencji, która nie wnosi nic, poza smutkiem i harówką. no niech będzie, przyznaję, że istenieje również promyczek szczęścia, który ma na imię Matt i wesoło do was macha swoimi 6-oma strunami. ale poza nim romansuję już tylko z panem Bernoullim , oraz z wesołą Krysią traktorzystką. coca cola śpiewa, że coraz bliżej święta, ale co z tego , gdy będą przesrane? dzisiejszy dzien należy do tych, w których wszyst mi obojętne. więc Bóg z wami, lub smażcie się w piekle, jak wolicie.
martwi mnie jedno. dlaczego ludzie mają tendencję do wymyślania osób idealnych? dlaczego podświadomie wierzą, że takie istnieją? że jak w amerykańskim filmi, lub reklamie rexony, wpadną na siebie, spojrzą głęboko w oczy i będą wiedzieli, że to TO. a gówno prawda. 18 lat w to wierzyłam (tak jest kochani, jestem starym prykiem, skończyłam już 18 lat :/), a teraz ucze się na cudzych błędach i wiem, że żyłam w słodkiej nieświadomości. nie istnieje osoba tak idealna, która byłaby w stanie pokochac takiego matoła. matoła, który wierzy w to, że to opór powietrza zatrzymał Portugalczyków i pozwolił na wygraną Polakom. który nie jest w stanie poradzić sobie z najprostszymi rzeczami, typu statystyka. poużalałabym się jeszcze trochę nad soba, ale już mi brak inwencji twórczej…

ps. tup, tup, tup…
słyszycie to?
widzicie?
blog powoli odchodzi. umiera śmiercią naturalną. tak to jest z miejscami, w których się tylko biadoli. pozwólcie mu odejść w spokoju.
ps.ps. a teraz zabawcie się w maturzystów, rozłóżcię tę notkę na części pierwsze i zinterpretujcie ją. niedługo dostarczę wam klucz.

Uświadomiłam sobie jedną rzecz. Jestem absolutną, totalną, bezsprzeczną beznadziejną kretynką. Bo lece tylko na tych co to mają mnie w dupie. To zakrawa o masochizm, równie dobrze mogę soie golić brwi. Ale nie, uwielbiam, jak ktoś leje na mnie ciepłym moczem. To chyba jest uwarunkowane genetycznie, bo nie mam na to żadnego wpływu. A chciałabym mieć.

A tak poza tym to wczoraj doznałam oczyszczenia przez telefon. Ale jaaasne. Trzeba się z Gleby nabijac… .__.” To przecież tylko boski Matthew dzwonił w nocy…

ps. a siusiać i pic jednocześnie nie przynosi żadnych orgazmicznych odczuć =___=”


  • RSS